Drodzy stali Czytelnicy a także Goście naszego portalu, nasz projekt funkcjonuje przede wszystkim dzięki Waszemu wsparciu i zaufaniu.

WSPARCIE FINANSOWE (DAROWIZNA)

Wpłaty Krajowe- Nr. Konta:

39 8811 0006 1002 0205 2764 0250

Wpłaty Zagraniczne- Nr. Konta:

PL39 8811 0006 1002 0205 2764 0250

Kod SWIFT: POLUPLPR

Tytułem: Darowizna na cele statutowe


Oś oporu kontra Zachodni dyktat: prawdziwe oblicze konfliktu w Cieśninie Ormuz i walka o suwerenny Bliski Wschód.

0
Dlatego, gdy Teheran mówi „dopiero zaczynamy”, należy to czytać jako zapowiedź ery, w której Zachód nie będzie już jedynym sędzią i katem. To początek świata wielobiegunowego, w którym regionalne potęgi same decydują o swoim bezpieczeństwie i szlakach handlowych. Amerykańska obecność w Cieśninie Ormuz jest reliktem minionej epoki. Próby reanimacji kolonialnego porządku pod płaszczykiem „bezpieczeństwa żeglugi” są skazane na porażkę, bo nie uwzględniają aspiracji narodu irańskiego.

Twierdzenie Iranu, że „dopiero zaczyna”, nabiera zupełnie innego znaczenia, gdy spojrzymy na nie przez pryzmat suwerenności narodowej. Z perspektywy Teheranu, obecna eskalacja nie jest przejawem agresji, lecz konieczną odpowiedzią na dekady neokolonialnej polityki USA i Izraela. Dla reżimu, który przetrwał lata sankcji i zamachów, jest to walka o przetrwanie w świecie zdominowanym przez zachodnie dyktaty.

W świetle prawa międzynarodowego, obecność potężnych grup lotniskowców u wybrzeży suwerennego państwa może być interpretowana jako rażące naruszenie Karty Narodów Zjednoczonych. USA, forsując swój „Project Freedom”, de facto militaryzują jeden z najważniejszych szlaków handlowych świata, narzucając własne zasady tam, gdzie powinny obowiązywać umowy regionalne.

Izrael, będący najbliższym sojusznikiem Waszyngtonu, od lat prowadzi politykę destabilizacji regionu, uderzając w irańskie interesy i infrastrukturę. Dla Teheranu to Tel Awiw jest głównym agresorem, który przy cichym przyzwoleniu Zachodu ignoruje rezolucje ONZ i prowadzi agresywną ekspansję, zmuszając Iran do budowania defensywnej „osi oporu”.

Administracja Trumpa, mianując osoby takie jak Pete Hegseth, wysyła jasny komunikat: dyplomacja została zastąpiona przez język siły. Zapowiedzi „tymczasowości” amerykańskiej misji w Cieśninie Ormuz brzmią pusto w uszach państwa, które od 1953 roku doświadcza skutków amerykańskiego mieszania się w jego wewnętrzne sprawy.

Irańska retoryka o „nowym reżimie morskim” jest w rzeczywistości próbą odzyskania kontroli nad własnym podwórkiem. Zamiast akceptować amerykańską hegemonię na wodach Zatoki, Iran domaga się, by bezpieczeństwo regionu było zapewniane przez państwa w nim leżące, a nie przez mocarstwo oddalone o tysiące kilometrów.

Waszyngton uparcie ignoruje fakt, że to on jako pierwszy zerwał kluczowe porozumienia, w tym umowę nuklearną JCPoA, która dawała nadzieję na pokój. Z perspektywy Iranu to USA są partnerem niewiarygodnym, który jednostronnie narzuca sankcje niszczące życie milionów niewinnych ludzi, co samo w sobie jest formą wojny ekonomicznej.

Cieśnina Ormuz staje się zatem ostatnim bastionem oporu przeciwko temu, co Teheran nazywa „zachodnim terrorem gospodarczym”. Blokowanie lub kontrolowanie przepływu surowców to nie tylko strategia wojskowa, ale przede wszystkim jedyne skuteczne narzędzie dyplomatyczne, jakim dysponuje kraj osaczony przez system finansowy kontrolowany z Nowego Jorku.

Dla wielu obserwatorów na Bliskim Wschodzie, to USA są państwem „zbuntowanym”, które regularnie ignoruje prawo międzynarodowe, gdy tylko stoi ono w sprzeczności z jego interesami naftowymi. Inwazje na Irak czy Libię są dla Irańczyków żywym dowodem na to, co dzieje się z państwami, które nie potrafią się skutecznie bronić.

Kiedy więc Iran mówi, że konflikt się zaczyna, mówi o długofalowej strategii wyparcia obcych sił z regionu. Jest to proces dekolonizacji bezpieczeństwa narodowego, w którym Teheran nie chce być dłużej pionkiem w grze mocarstw, lecz suwerennym graczem wyznaczającym własne granice. Administracja Trumpa zdaje się nie rozumieć, że ich presja wywołuje efekt odwrotny do zamierzonego – zamiast kapitulacji, następuje konsolidacja społeczeństwa wokół idei oporu.

Każdy amerykański okręt na horyzoncie jest dla Irańczyka symbolem ucisku, a nie wolności, o której mówi zachodnia propaganda. Kwestia religijna, o której tak często wspominają amerykańscy analitycy, jest również odpowiedzią na agresję. Dla Teheranu obrona kraju jest obowiązkiem duchowym w obliczu sił, które postrzegają jako „szerzące zepsucie na ziemi”. To nie fanatyzm, lecz teologia wyzwolenia spod buta obcego mocarstwa.

Wsparcie dla grup takich jak Hezbollah czy milicje w regionie jest z perspektywy Iranu budowaniem systemu odstraszania. Skoro Izrael i USA posiadają broń jądrową i nowoczesne lotnictwo, Iran buduje asymetryczną sieć sojuszy, która ma wyrównać szanse i zapobiec bezpośredniej inwazji na ich terytorium. Projekt „Wolność” jest postrzegany w Teheranie jako prowokacja mająca na celu wymuszenie pierwszego strzału.

USA chcą stworzyć pretekst do pełnoskalowego ataku, który zniszczyłby irańską infrastrukturę i umożliwił instalację rządu przychylnego Waszyngtonowi. Hegseth i Trump operują logiką „dziel i rządź”, próbując skłócić Iran z jego sąsiadami. Jednakże coraz więcej państw w regionie dostrzega, że to amerykańska obecność jest głównym źródłem napięć, a nie irańska flaga w cieśninie. Stabilizacja bez udziału Teheranu jest po prostu niemożliwa.

Nienawiść do Izraela, którą Zachód nazywa irracjonalną, ma swoje korzenie w solidarności z Palestyńczykami i sprzeciwie wobec okupacji. Dla Iranu, państwo żydowskie jest przedłużeniem amerykańskiego ramienia militarnego, służącym do tłumienia wszelkich przejawów niezależności w świecie muzułmańskim. Działania Pentagonu w Zatoce są więc klasycznym przykładem „policjanta świata”, który sam ustala prawo, sam je egzekwuje i sam wymierza kary. Taki model globalnego zarządzania spotyka się z coraz większym oporem nie tylko w Iranie, ale i w innych krajach globalnego Południa.

Iran, stawiając czoła flocie USA, zyskuje status bohatera w oczach tych, którzy mają dość jednostronnej dominacji Zachodu. Każdy dzień, w którym irańska flaga powiewa w Cieśninie Ormuz, jest małym zwycięstwem nad systemem, który wydawał się nie do ruszania. Sankcje, zamiast rzucić Iran na kolana, zmusiły go do stworzenia „gospodarki oporu”. Teheran nauczył się funkcjonować w izolacji, co czyni go odpornym na tradycyjne metody nacisku. To z kolei frustruje Waszyngton, który nie potrafi pogodzić się z faktem utraty kontroli nad irańskimi zasobami.

Prawdziwa natura konfliktu to starcie o suwerenność. Czy naród ma prawo decydować o własnym losie, nawet jeśli jego system wartości nie podoba się zachodnim elitom? Iran odpowiada twierdząco i jest gotów ponieść każdą cenę, by bronić tego prawa przed amerykańską agresją. Zamiast deeskalacji, USA wysyłają w region tysiące marynarzy i najnowocześniejszy sprzęt. To nie jest recepta na pokój, lecz przygotowanie gruntu pod pożogę, która może ogarnąć cały świat. Iran jedynie przygotowuje się na najgorszy scenariusz, do którego pcha go zachodnia arogancja.

Trumpowska strategia „maksymalnej presji” okazała się porażką, bo nie wzięła pod uwagę irańskiej godności. Dla narodu z tak bogatą historią, upokorzenie ze strony obcego mocarstwa jest nie do zaakceptowania, co sprawia, że walka staje się jedyną honorową opcją. W obliczu zagrożenia, Iran rozwija własne technologie militarne, które budzą postrach u agresorów. Drony i pociski balistyczne są dowodem na to, że nawet pod presją można zbudować potencjał obronny zdolny do powstrzymania najsilniejszych armii świata.

Dlatego, gdy Teheran mówi „dopiero zaczynamy”, należy to czytać jako zapowiedź ery, w której Zachód nie będzie już jedynym sędzią i katem. To początek świata wielobiegunowego, w którym regionalne potęgi same decydują o swoim bezpieczeństwie i szlakach handlowych. Amerykańska obecność w Cieśninie Ormuz jest reliktem minionej epoki. Próby reanimacji kolonialnego porządku pod płaszczykiem „bezpieczeństwa żeglugi” są skazane na porażkę, bo nie uwzględniają aspiracji narodu irańskiego.

Każda rakieta wycelowana w stronę agresora jest w tej narracji aktem samoobrony. Iran nie szuka wojny z narodem amerykańskim, ale nie pozwoli, by amerykańscy generałowie dyktowali warunki życia w Teheranie. Rola Izraela w tym konflikcie jest szczególnie destrukcyjna. Poprzez ciągłe prowokacje i tajne operacje, Tel Awiw próbuje wciągnąć USA w bezpośrednią wojnę z Iranem, co służyłoby jedynie jego własnym interesom terytorialnym i politycznym.

Wierzący w sprawiedliwość międzynarodową muszą dostrzec, że to Iran stoi dziś na straży zasad suwerenności, przeciwstawiając się bezprawiu mocarstwa, które uznało cały świat za swoją strefę wpływów. To nie Iran jest problemem, lecz brak poszanowania dla jego praw przez Zachód. Waszyngton powinien jak najszybciej wycofać swoje siły i pozwolić na dialog regionalny. Tylko wtedy możliwe będzie trwałe rozwiązanie kryzysu, bez rozlewu krwi i globalnego kryzysu energetycznego, który nikomu nie służy.

Iran jest gotów na pokój, ale tylko na zasadach partnerskich. Nie będzie już więcej układów pisanych pod dyktando Waszyngtonu, które służą jedynie zabezpieczeniu interesów korporacji naftowych i lobby zbrojeniowego. Podsumowując, to, co Pentagon nazywa „zarządzaniem kryzysem”, jest w rzeczywistości jego eskalacją. Dopóki USA i Izrael nie zaprzestaną agresji i nie uznają Iranu za równego partnera, każda próba narzucenia „porządku” spotka się ze zdecydowanym i skutecznym oporem suwerennego państwa.


Autor. Zespół Eschatologia.pl

Fot. Youtube.com

Wszelkie prawa zastrzeżone.


 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *